Warto przeczytać, polecam!

Romans z literaturą popularną

„Dzięki moim bohaterom mogę żyć na kredyt w różnych czasach” – nie ukrywa radości z pisania Hanna Cygler, autorka dziesięciu popularnych powieści dla kobiet. Romansowe wątki wplecione w wydarzenia z historii Polski to jej sposób na zachęcenie czytelniczek do refleksji zarówno nad narodową, jak i własną tożsamością. Autorka stawia wyzwanie harlequinom, które poza sercowymi perypetiami niewiele wnoszą w życie współczesnych kobiet.

– Kim jest Hanna Cygler?
– Z zawodu jestem tłumaczką języka szwedzkiego i angielskiego. Piszę również prozę powieściową dla kobiet.

– Cygler to nazwisko panieńskie. Dlaczego tak sygnuje Pani swoje powieści?
– Wiele autorek tak czyni. Przekłady podpisuję nazwiskiem męża, które przyjęłam i którym posługuję się na co dzień. Książki podpisuję nazwiskiem rodowym. Nie chciałam mieszać ze sobą życia zawodowego i działalności literackiej.

– Kiedy postanowiła zająć się Pani literaturą dla kobiet?
– Nad pierwszą książką zaczęłam pracować w 1985 roku. Wszystko, co opisywałam, było związane z czasami „Solidarności” i stanu wojennego. Miałam świadomość, że to, o czym piszę, w ówczesnych realiach politycznych nie będzie opublikowane. Książkę dokończyłam dopiero w 1997 roku. Byłam wówczas w domku letniskowym u rodziców. Czytałam jakiegoś harlequina. Pomyślałam, że w naszym kraju brakuje literatury kobiecej. I wtedy postanowiłam, że muszę skończyć moją powieść. Długi czas żyłam jak w transie. O niczym nie byłam w stanie rozmawiać – tylko o moich bohaterach. Z czasem nauczyłam się kontrolować moje natchnienie.

– Czy Zosia Knyszewska, bohaterka kilku Pani powieści, ma coś z Pani?
– Człowiek nie ucieknie od własnych doświadczeń. Bardzo wielu moich bohaterów ma moje cechy. Zosia należy do mojego pokolenia, jest filologiem, ale jednak to nie ja. Zosia dojrzewa. Zmienia się. Zdradzę, że w najnowszej książce, która czeka na wydanie, Zosia jest bardzo nowoczesną i dojrzałą kobietą.

– W Pani powieściach często występuje elita międzynarodowa. Jaki wpływ na Pani twórczość mają kontakty międzynarodowe?
– Skończyłam skandynawistykę, mam spore związki ze Szwecją i Wielką Brytanią. Wcześniej współpracowałam w Polskiej Agencji Informacyjnej z dziennikarzami zagranicznymi. Moja siostra przebywa w USA. Bardzo dużo osób z mojego pokolenia wyjechało zagranicę. Toteż i moi bohaterowie często podróżują.

– W dostępnej w internecie nocie biograficznej Hanny Cygler czytamy: „Anglia – zbieranie truskawek, Szwecja – malowanie pokoi, Polska – praca jako nauczyciel akademicki”. Skąd ta zawrotna kariera?
– Napisałam tak dla żartu do jednego z wydawnictw. Nie przypuszczałam, że ktoś zrobi z tego użytek i potraktuje poważnie, że prosto z pola przyszłam uczyć na uniwersytecie. Ale spodobało mi się to i zostawiłam ten opis na mojej stronie internetowej.

– Kto pierwszy czyta Pani powieści – mąż czy syn?
– Moja siostra Karolina. Jest architektem i ma trochę inne spojrzenie niż ja. Potrafi zwrócić uwagę na szczegół. „Ciąża trwa dziewięć miesięcy, a nie – jak piszesz – dwanaście”. Mój siedemnastoletni syn nie przeczytał jeszcze żadnej mojej książki. Mąż, gdy koleżanki zaczęły się podśmiewać i opowiadać, że jest gdzieś opisany, zabrał się do czytania.

– Romantyzm, wątki sensacyjne, odrobina erotyki – czytelnik może mieć wrażenie, jakby czytał literaturę popularną?
– Bo ja piszę książki popularne! Literatura popularna to bardzo szerokie pojęcie. Mnie się ono nie kojarzy źle, a zatem zupełnie nie mam się czego wstydzić.

– Spod Pani pióra wyszło już dziesięć powieści. W ostatnich dwóch – „Czasie zamkniętym” i „Pokonanych” opublikowanych przez Wydawnictwo Felberg – bohaterowie są świadkami drugiej wojny światowej oraz czasów komunizmu. Czy przygotowując się do napisania obu książek, czytała Pani dużo literatury historycznej?
– Tak. Wiedząc już, gdzie będzie się rozgrywać akcja „Czasu zamkniętego”, zebrałam odpowiednią literaturę. Solidnie zdokumentowałam dzieje przedwojennego Gdańska i Wilna. Chciałam, by historia nie przytłaczała powieściowej akcji. Fakty historyczne są potrzebne między innymi po to, by przyspieszały bądź hamowały koleje zdarzenia z życia bohatera. Jeśli chodzi o szczegóły związane z wojskowością, to bardzo pomógł mi w ich doszlifowaniu mój znajomy, Gerard. Trochę inaczej było z „Pokonanymi”, których akcja rozgrywa się po wojnie. Wiele dostępnych książek wspomnieniowych zostało napisanych przez partyjnych dygnitarzy. Musiałam zatem odfałszować historię, a przede wszystkim wyłowić z treści to, co mnie najbardziej interesowało, czyli szczegóły ówczesnego, powojennego dnia codziennego.

– Pani książki czyta się jednym tchem. To wielka sztuka dokładnie dokumentować historię i jednocześnie wciągać czytelnika w akcję?
– Piszę w taki sposób, aby mnie samej było w trakcie lektury przyjemnie. Nie lubię czytać książek, których akcja dzieje się w latach minionych, lecz wydarzenia historyczne nie mają żadnego wpływu na losy bohaterów. W swej trylogii – „Tryb warunkowy”, „Deklinacja męska/żeńska” i „Przyszły niedokonany” – opisałam wydarzenia z czasów, w których sama żyłam. Potem chciałam opisać czasy wcześniejsze, aby powstała saga. Tak się złożyło, że wcześniej była wojna. Stąd musiałam na potrzeby „Czasu zamkniętego” i „Pokonanych” szczegółowo zapoznać się z wydarzeniami i detalami wojennymi oraz okresem komunizmu. Potem jest kilka lat przerwy pomiędzy powieściami – być może do zapełnienia w przyszłości – i wreszcie rozpoczyna się akcja „Trybu warunkowego”.

– „Pokonani” to niezwykle poruszająca historia. Tytuł odpowiedni, choć brzmi trochę smutno...
– Tytuł jest dwuznaczny. Nie do końca wiadomo, kto tu jest pokonany. Wszystkich można traktować jako pokonanych ze względu na podejmowane wybory.

– ...czyli książka mówi o tym, że nie zawsze nasz wybór jest dobry, nie zawsze właściwy czy też, że nie zawsze mamy wybór?
– Chciałam, aby Włodek był bohaterem z krwi i kości. On chce dobrze, szuka dobra, ale wychodzi różnie. Być może to kwestia siły charakteru, być może ulega ludziom, których uważa za autorytety? Jednak on na pewno nie jest do końca pokonany.

– Historia opisywana przez Panią w „Czasie zamkniętym” i „Pokonanych” nie przeszkadza czuć wyjątkowej bliskości z Włodkiem Hallmannem?
– Chodziło mi o to, żeby przebić się przez historię. Niech ona nie będzie sztuczna, nudna. Taka, jakiej musimy uczyć się w szkole. Czytelnik widzi, że jedne fakty wynikają z drugich. Coś z czegoś pochodzi, na przykład losy Włodka i jego syna. Jesteśmy tacy, gdyż coś się na to złożyło, na przykład sprawy związane z przeszłością naszych rodziców czy dziadków.

– Trudno jest pisać o historii językiem lekkim i zrozumiałym?
– Z premedytacją unikam słów wychodzących z użycia, trącących myszką. Posługuję się współczesnym, potocznym językiem, dzięki któremu młody człowiek będzie mógł się z moim bohaterem zidentyfikować. Nikt się nie identyfikuje z tym, co jest dla niego obce. Gdy bohater przeżywa pierwszą miłość w czasach wojny, to chcę, by czytelnik miał podobny stan umysłu.

– Pani najnowsza powieść, „Odmiana przez przypadki”, już jest złożona w Wydawnictwie Felberg. To rozpolitykowana książka?
– A skąd. Nie chcę mieć wpływu na polityków. Każdy ma dosyć polityki, a co dopiero, żeby o niej czytać za pieniądze. Wątki polityczne pojawiają się w powieści ze względu na pracę jednej z głównych postaci. Przy okazji powiem, że w powieści pojawią się przeróżni bohaterowie z moich wszystkich dotychczasowych książek.

– Czy po złożeniu nowej książki w wydawnictwie autor pozwala sobie na odpoczynek, czy też zaczyna pracę nad nową powieścią?
– Nie wiem, jak czynią inni twórcy, ale ja już przystąpiłam do pracy. Kończę kolejną powieść współczesną, ale spodobało mi się pisać o czasach minionych, o wydarzeniach, do których nie mam już dostępu. Planuję obecnie opisać wiek dziewiętnasty. Ludzkie życie jest krótkie. Dzięki moim bohaterom mogę sobie pożyć na kredyt w różnych czasach. Niczym bohater gier komputerowych mam kilkanaście żyć.

– Czekamy zatem na Pani nowe książki. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Vanessa Nachabé-Grzybowska

wywiad zamieszczono na stronie kultura.wp.pl,  5 września 2009