Warto przeczytać, polecam!

W cudzym domu

Idealnie pasuje do wyobrażenia "jak powinna wyglądać autorka powieści o miłości". Elegancka, o posągowej urodzie, wielbiona wręcz przez czytelniczki. Z uporem powtarza, że pisze literaturę popularną i jest z tego dumna. Bohaterów kreuje tak przekonująco, że czytelnicy odwiedzają miejsca opisane  w książkach i na nowo przeżywają historie z kart powieści. Niewielu autorom się to udaje. Właśnie ukazała się jej czternasta powieść "W cudzym domu".

Z HANNĄ CYGLER rozmawia Mariola Zaczyńska

 

 

Mariola Zaczyńska: Zazdroszczę ci tego twojego image’u: piękna, elegancka, wykształcona, niezależna. No tak powinna wyglądać autorka powieści dla kobiet!

Hanna Cygler: Pozwolisz, że wymownie chrząknę? Hmm, hmmm…  Czy ty mnie z kimś nie pomyliłaś? Takie wyobrażenia powstały dzięki kreacjom wizerunkowym autorek anglosaskich. Tam nikt "babskiego" pisania nie odsądza od czci i wiary, ciesząc się, że książki o uczuciach napędzają czytelnictwo. W różowe szatki się jednak nie przebieram, jak to robiła nestorka romansów, słynna Barbara Cartland, „matka” ponad 700 książkowych dziewic.

 

MZ: O, właśnie, babskie pisanie! Z uporem powtarzasz, że piszesz romanse i literaturę popularną. Dlaczego? Pisarki często uciekają właśnie od tej etykiety.

HC: A dlaczego mam się wstydzić pisania książek o uczuciach? Przecież one są siłą napędową w naszym życiu.

MZ: Ale wiesz... Nike za romans nigdy nie dostaniesz.

HC: Nobla też nie, a szkoda, bo mogłabym pięknie za niego podziękować po szwedzku!

MZ: Podobno zaczęłaś pisać książki, bo brakowało ci polskiej literatury... Taka Zosia-Samosia.

HC: Romansów! Brakowało mi polskich romansów!

MZ: A ta swoje...

HC: W 1997 roku, kiedy zaczynałam pisać, na rynku wydawniczym było zatrzęsienie obcych tytułów, a polskiej literatury kobiecej jak na lekarstwo. Chciałam zaoferować polskim czytelnikom nasz własny krajowy odpowiednik, z bohaterami o polskich nazwiskach, z akcją rozgrywającą się w polskich realiach. Również politycznych.

MZ: No, i udało się. Czternaście powieści! Wszystkie bestsellery, bo nie wątpię, że i " W cudzym domu" będzie bestsellerem.

HC: Zupełnie nie rozumiem, jak to się stało, że tych powieści jest aż tak dużo. Moim marzeniem było napisanie jednej! Najbardziej pracochłonne były powieści, które wymagały zebrania materiału historycznego, takie jak „Czas zamknięty” czy właśnie „W cudzym domu”. Cieszę się, gdy jestem w stanie napisać książkę, której fabuła wciągnie tak, że czytelnik nie będzie się mógł od niej oderwać.

MZ: Patrząc na ciebie, ciśnie się na usta: jak to fajnie byś pięknym i bogatym:)...

HC: A ty swoje! Nie wiem, dlaczego ja ci się tak kojarzę. Piękna to już nie będę, ale stale mam nadzieję, że może będę zamożniejsza!

MZ: Na spotkaniach autorskich zdarzało się, że czytelnicy obdarowywali cię portretami, które wykonali własnoręcznie, osobistymi prezentami... Jako autorka też działasz na wyobraźnię i jesteś wręcz kochana.

HC: Nie wiem, jak to z tym kochaniem jest. Bo uczuć to nigdy nie możemy być pewni, natomiast rzeczywiście spotykam się na „autorskich” z niesamowitymi dowodami sympatii. Był rzeczywiście portret, jak również ręcznie pleciony anioł, mający na piersi okładkę „Głowy anioła” wraz z napisanym specjalnie na tę okazję wierszem. Nic innego nie pozostaje mi w takich okolicznościach, jak się popłakać ze wzruszenia.

MZ: Byłam pod wrażeniem, gdy dowiedziałam się, że wierni czytelnicy twoich książek odwiedzają opisane przez ciebie miejsca, bo tak bardzo pokochali bohaterów, których stworzyłaś. Wzrusza cię to?

HC: Pewnie, że wzrusza. Kiedy pisałam niektóre z „gdańskich” książek, sama wędrowałam przez miasto przekonana, że wkrótce spotkam własnych bohaterów, bo to przecież jest niemożliwe, żeby oni tylko zamieszkali w mojej głowie. Jeszcze do tej pory wydaje mi się, że ich spotkam. I czasem dzieje się tak naprawdę. Cud?

MZ: Co cię może wyprowadzić z równowagi?

HC: Wiele rzeczy. Równowaga to trudna sprawa. Ostatnio do szewskiej pasji doprowadza mnie terroryzowanie otoczenia w pociągach, autobusach, a praktycznie wszędzie przez osoby rozmawiające głośno przez telefony komórkowe.

MZ: Świetnie znasz kilka języków, nie kusiło cię, aby zamieszkać w innym kraju? Jesteś z pokolenia, dla którego Zachód był magicznym miejscem.

HC: Ha, Zachód. Sama wizyta w „Peweksie” to już była magia.

MZ: W twoich powieściach wracałaś do tamtych czasów, stąd pytanie.

HC: W trzeciej klasie liceum oświadczyłam rodzicom, że nie pójdę do szkoły, jeśli mi nie kupią dżinsów! Potem już kupowałam je sobie sama. Dzięki moim studiom skandynawistycznym i rodzinie w Anglii miałam okazję wielokrotnie przebywać i pracować (legalnie i nielegalnie) na Zachodzie i wkrótce dochodziłam do wniosku, że nie ma miejsc idealnych.

MZ: Tak po prostu?

HC: Czułam się bardzo związana z rodziną i przyjaciółmi i nie wyobrażałam sobie innego życia na stałe. Bo wówczas decyzję podejmowało się na całe życie.

MZ: Za co można cię polubić? Tylko nie mów, że ci nie zależy. Każdemu zależy.

HC: Pewnie, że zależy. Lubię być lubiana.

MZ: No, to za co?

HC: To ja mam prowadzić marketing własnej osoby? Nic z tego. Trzeba się samemu przekonać. Zapraszam na spotkania autorskie. Ale przez lata nauczyłam się jednego. Wszystkich do siebie nie przekonam i chociażbym stanęła na głowie, to zawsze znajdzie się ktoś, kto opacznie zrozumie moje intencje lub mnie znienawidzi od pierwszego wejrzenia.

MZ: W twoich powieściach są prawdziwe postacie?

HC: Prawdę mówiąc, jest ich sporo, jednak jeszcze nikt się nie rozpoznał i nie zgłosił zastrzeżeń.

MZ: Mistrzyni kamuflażu!

HC: Czasem pojawiają się pewne domysły, z reguły nietrafne. Wynika to z tego, że „lepię” życiorysy z różnych osób i to dotyczy zarówno postaci z książek historycznych, jak i tych współczesnych. Taka madame Frankenstein. Ale ile jest z tym zabawy i chichotu wewnętrznego. I tylko żal, że człowiek nie ma przy tym zajęciu towarzystwa!

MZ: No proszę, i tak od pięknej, mądrej i bogatej przeszłyśmy do madame Frankenstein. Potrafisz zakręcić, zupełnie jak w swoich powieściach! To mogę na koniec potraktować cię pewną pretensją?... W twoim domu widziałam tylko jednego kota! Za mało zwierząt!

HC: Muszę Cię rozczarować. Nawet tego jednego kota nie ma w domu. On jest „okołodomowy”.

MZ: Ha! Nareszcie jakaś rysa na tym kryształowym wizerunku. Zastanów się nad tym kotem, miałabyś z kim chichotać przy swojej pracy, madame Frankenstein. A za rozmowę ślicznie dziękuję.